Relacja „Poradnika Handlowca” ze sklepów FMCG w Polsce (27.03)

Detal/Hurt

Relacja „Poradnika Handlowca” ze sklepów FMCG w Polsce (27.03)

27 marca 2020

  • #koronawirus w handlu

Jedni funkcjonują normalnie, drudzy skracają godziny otwarcia sklepów. Niektórzy wciąż widzą większy ruch w swoich placówkach, inni mówią o stabilizacji. Zapraszamy na codzienną relację ze sklepów w Polsce.

– W tej chwili mogę powiedzieć, że w moim sklepie panuje zdecydowanie zwiększony ruch. Klienci boją się jeździć do większych marketów, bo są tam wprowadzane obostrzenia dotyczące liczby wpuszczanych do środka osób, gdy klientów przy wejściu do sklepu pojawia się więcej. Muszę jednak stwierdzić, że w moim sklepie kupujący zachowują się wzorowo, przestrzegają zaleceń – mówi nam Bożena Lemierska, właścicielka sklepu spożywczo-przemysłowego „U Bożenki” w Lisowie k. Elbląga.

Niektórzy handlowcy mają już jednak za sobą okres szturmu na ich sklepy. – Jak wygląda sytuacja w handlu każdy widzi. Okres największego ruchu już minął i teraz sprzedaż się stabilizuje. Liczba klientów zmalała – co oczywiste – jednak wartość dokonywanych przez nich zakupów jest większa niż wcześniej. Nie odczuwamy braków w zatowarowaniu. Jedynym produktem, na który popyt przewyższa podaż, są drożdże. Przyjmujemy ich regularne dostawy, ale są one sukcesywnie wykupywane z naszych placówek – mówi Mirosław Chabowski, Prezes Zarządu Społem Lubin Sp. z o.o. – Spółka ponosi duże koszty związane z zapewnieniem pracownikom oraz klientom odpowiednich środków bezpieczeństwa i higieny. Realizujemy wszystkie wytyczne narzucone na placówki handlowe przez Główny Inspektorat Sanitarny. W każdym ze sklepów są specjalne plakaty informujące o podjętych przez Społem działaniach. Niestety, nie możemy liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony państwa. Spółka liczy około 370 pracowników, więc liczbą zatrudnienia przekracza normy dla pomocy proponowanej przez władze – ubolewa nasz rozmówca.

Tablica informacyjna w placów Społem Lubin (fot. Społem Lubin)

O potrzebie ze strony Państwa mówi także Edward Dudek, właściciel 3 sklepów sieci „Sklep Polski” w Jelczu-Laskowicach. – Martwię się o przyszłość – za chwilę trzeba będzie regulować wiele płatności: pensje pracowników, podatki, ZUS. Czekam na rozwiązania tarczy antykryzysowej, na razie dużo się o tym mówi, dociera do mnie wiele sprzecznych informacji, a tak naprawdę żadne decyzje jeszcze nie zapadły. Jednym słowem: mówić a robić, to są dwie zupełnie odrębne rzeczy! Przy przedłużającej się pandemii jeden miesiąc, dwa miesiące przetrwam, dalej na razie nie wybiegam w przyszłość.

Niewielu handlowców myśli w tym momencie o przyszłości, większość z nich skupia się na tym, co tu i teraz, a ich głowę zaprząta np. odpowiednie zaopatrzenie placówek. – Sklep zaopatrujemy samodzielnie, ale są też produkty, które przywożą nam przedstawiciele handlowi. W hurtowniach, do których jeździmy jest pełen asortyment, brakuje na dzień dzisiejszy jedynie drożdży. Nie mamy też problemu z realizacją zamówień w określonym terminie przez pozostałych dostawców. Dzisiaj już jest zdecydowanie mniej klientów, niż w ubiegłym tygodniu. Wprowadziliśmy zasady bezpieczeństwa do sklepu polegające na zachowaniu odległości między poszczególnymi osobami, wstawieniu osłony z pleksi przy kasie oraz dezynfekcji sali sprzedaży – opowiada Paweł Stachowiak, współwłaściciel sklepu w sieci Groszek z Poznania.

Sklep Chata Polska przy ul. Złotowskiej w Poznaniu (fot. Zbyszko Zalewski)

Z dostawami nie ma problemu także Edward Dudek. – W asortyment zaopatruję się w hurtowni PHUP Gniezno i innych lokalnych hurtowniach. Zamówiony towar mi dowożą, natomiast po część produktów kierowca od nas jedzie też do Selgrosu. Towaru mi nie brakuje, jednak zaobserwowałem wzrosty cen na części asortymentu, np. ziemniaki, mięso, wędliny. Styczeń czy luty nawet przed epidemią to zawsze były słabsze miesiące, liczyłem na odbicie w marcu, ale koronawirus pokrzyżował mi plany. Na razie nie poddaję się, personel również wzorowo wykonuje swoje zadania mimo nietypowych warunków działania takich, jak praca w „przyłbicach” ochraniających twarz, regularne dezynfekcje rąk czy lady – przyznaje nasz rozmówca.

– Dwa razy dziennie mam zewnętrzne dostawy do sklepu, poza tym sama jeżdżę codziennie do hurtowni. Przywożę pieczywo, „spożywkę” i alkohol. Zaopatruję się głównie w Eurocashu i hurtowni Dick 2000. Widzę, że bardzo się starają. Kasjerzy są oddzieleni od handlowców, są w rękawiczkach, na półkach cały czas towar jest uzupełniany, praktycznie nie zauważyłam większych braków poza mąką i ryżem oraz środkami odkażającymi. Niestety podrożały wędliny i drób. Eurocash działa normalnie, natomiast Dick 2000 skrócił czas funkcjonowania o dwie godziny – dodaje Bożena Lemierska.

Godziny funkcjonowania sklepów zmieniło już także wielu niezależnych handlowców, jednak wielu wciąż prowadzi swoją placówkę w takim samym wymiarze, jak przed epidemią koronawirusa. – Moje sklepy są nieduże, mają powierzchnię 60-70 mkw. Prowadzimy w nich sprzedaż tradycyjnie zza lady. Aktualnie zatrudniam 14 osób, na szczęście żadna z nich nie ma dzieci w wieku do 8 lat, więc mam, można powiedzieć, kompletną obsadę kadrową. Dlatego prowadzimy sprzedaż w pełnym wymiarze godzinowym, jak przed epidemią, tj. od 6.00 do 23.00. Sam mam już 73 lata, ale mimo wszystko cały czas pilnuję interesu – kończy swoją wypowiedź pan Edward Dudek.

Sklep sieci Żabka przy ul. Nowina w Poznaniu (fot. Krzysztof Napieralski)